Joga w Indiach – dotarłam na miejsce

Musicie wiedzieć, że nie jestem urodzoną podróżniczką. Nie posiadam zamiłowania do przemieszczania się w trudnych warunkach. Jednak w Indiach, gdzie postanowiłam uczyć się jogi, bardzo przydaje się dusza włóczykija.
Na lotnisku w Delhi okazało się, że nie przyjechała zamówiona taksówka, która miała zawieźć nas w góry, do Dharamsala. Niestety, firma która powinna  podstawić samochód nie odbierała telefonów. Oczywiście była to sytuacja, której nie przewidzieliśmy, więc nie mieliśmy planu B. W Indiach zawsze musisz mieć plan B.
SAMSUNG
Byliśmy zdani na taksówkarzy z lotniska, którzy nie wykonują tak dalekich kursów. (Musicie wiedzieć, że podróżowanie tutaj wynajętym samochodem z kierowcą nie jest niczym dziwnym, zwłaszcza gdy cena rozkłada się na 4 osoby). Jeden z taksówkarzy zaoferował, że zawiezie nas do informacji turystycznej, gdzie ktoś pomoże nam wydostać się z miasta. Wspaniale, jedziemy. Ja, mój mąż Marcin, Wojtek i Carey – Amerykanka, z którą byliśmy umówieni na lotnisku. Samochód jest niewielki, uderza w nas gorące i duszne powietrze indyjskiej stolicy. Mamy wrażenie, że wręcz gęste od smogu. Jest 3 w nocy, na drodze korek. Hindusi jeżdżą intuicyjnie, nie stosując żadnych zasad. Zamiast kierunkowskazu używają klaksonu. Kierowca skręca w jakąś małą uliczkę, nie mamy pojęcia gdzie jesteśmy, naszym oczom ukazują się  drzwi z literą „I”. Okazuje się, że trafiliśmy do agencji turystycznej, która proponuje nam zorganizowanie podróży w absurdalnej cenie. Dochodzi 5, nadal jest ciemno, co dalej, co dalej. Jedziemy na dworzec kolejowy, może uda nam się znaleźć jakiś środek transportu. Delhi powoli budzi się ze snu. Mijamy wielkie pałace otoczone palmami, pod którymi śpią dziesiątki bezdomnych. Ich jedyny dobytek stanowią kawałek kartonu i koc. Wzdłuż ulic ciągną się małe budki, sklepiki ze wszystkim. Psy, krowy, śmieci. Wychudzeni ludzie i żebrzące dzieci. Z nieba bucha coraz większy żar. Mam wrażenie, że teleportowałam się tutaj prosto z mojego bezpiecznego życia w polskim bloku. Oderwałam się od mojej porannej kawy, ciepłej kąpieli, nowinek na fejsie i wylądowałam tutaj, w kotle biedy i walki o przetrwanie. Dworzec wygląda jak wielka sypialnia, ludzie śpią nawet między taksówkami. W końcu trafiamy do kolejnej agencji. Pociąg o 8, ale nie bezpośrednio tam, gdzie nam zależy, autobus dopiero o 16. Po jakiejś godzinie (!) udaje nam się wynegocjować samochód w rozsądnej cenie. Emocje opadają, czujemy ulgę, że jednak uda się wydostać z tego miasta na czas. Daje się we znaki brak snu. Czekamy jeszcze godzinę i wsiadamy do wygodnego samochodu, z niemówiącym po angielsku Sikhem. Spędzimy w jego towarzystwie kolejne 10 godzin. Pokaże nam swoją świątynię i będzie przemawiał do siedzącej z przodu Carey w swoim języku, a ona będzie mu odpowiadać po angielsku.
Gdy docieramy w góry, mam wrażenie, że przygoda się dopiero zaczęła. Nasza trasa wiedzie przez kręte, wąskie drogi nad skrajem ogromnych przepaści. Oczywiście nie są one w żaden sposób zabezpieczone. Mijamy się z innymi samochodami przejeżdżając 10 cm od krawędzi. Jesteśmy przerażeni i zdumieni jazdą tutejszych kierowców. Widoki są niesamowite, gigantyczne spadki i ściana Himalajów przed nami. Nie zrobiłam żadnych zdjęć, bo w chwili gdy kalkulowałam czy wyrobimy się na zakręcie, czy też może nie, strzelanie fot jakoś nie przyszło mi do głowy. Witajcie Indie!
Dotarcie do naszego ośrodka okazuje się trudnym zadaniem. Nikt nie wie gdzie jest Trimurti Garden, a droga staje się coraz gorsza. W końcu udaje się dotrzeć nieopodal. Bierzemy nasze plecaki, dajemy napiwek kierowcy i udajemy się w poszukiwanie pensjonatu. Ja i moje 20 kg na plecach wspinamy się dzielnie, przeklinając nieco na czym ten świat stoi. Chodzenie z plecakiem po górach, po nieprzespanej dobie, zdecydowanie nie należy do moich ulubionych zajęć. Włóczykij ze mnie żaden. Co tu robisz kobieto, w tym dziwnym świecie, w krainie hipisów, joginów, małp i pająków? Co to był za pomysł – jechać na drugi koniec świata? Co ty chcesz tu przeżyć, czego się nauczyć? Nie lepiej było zostać w bezpiecznym domu, chodzić na kochaną rurkę, głaskać durnego psa i czytać gazetki? Jestem naprawdę zmęczona i takie myśli mam. Ale WTEM docieramy na miejsce. Trimurti Garden! Możemy zająć pokoje, zjeść pyszną indyjską zupę dhal, wziąć prysznic i zamienić parę słów z Ajayem, jednym z organizatorów naszego kursu. Są tu też golden retriever i labrador. Bizia, miałaś przecież zostać w domu! Czas spać. Przeżyliśmy. Dotarliśmy. Potrzebujemy wypoczynku, bo czekają nas bardzo intensywne dni. Sen. A potem 30 dni jogi.

7 thoughts on “Joga w Indiach – dotarłam na miejsce”

  1. Dobrze wiedzieć, że „już” dotarliście. Udanego zaskakującego w doznania pobytu w niewyobrażalnych Indiach. ;)

  2. No no, ładna przygoda :) dobrze, że w końcu dotarliście, to najważniejsze, a po latach będziesz wspominać te perypetie z uśmiechem ;)

  3. Pingback: Podróż do Indii – flashback | Poczuj się lepiej

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.